Menu główne:
Archiwum "Weroniki"
powrót do strony głównej
O TYM, DLACZEGO TRZEBA WYJŚĆ NA PUSTYNIĘ
Rozpoczął się czas Wielkiego Postu. Kojarzy nam się on przede wszystkim z Drogą Krzyżową i jakimś umartwieniem. Właśnie: umartwienie, wyrzeczenie, praca nad sobą, rezygnacja z czegoś dobrego. To nie są te rzeczy, które lubimy. Czas Wielkiego Postu to właśnie czas paschy - przejścia od starego sposobu myślenia i działania do nowego. W tej kwestii bardzo pomocne jest przyjrzenie się Izraelitom, którzy zostali wyprowadzeni ku wolności, ale ta droga ku wolności wiedzie przez PUSTYNIĘ.
W pewnym momencie historii Izraela, podczas jego pobytu w Egipcie, panowanie obejmuje nowy król (faraon). Strach, niepewność, nieznajomość przeszłości sprawia, że uciska tych, dzięki którym jego kraj przetrwał głód. Obcych, którzy nie stanowią zagrożenia, ale mogliby się nim stać, uciska, nie daje odpoczynku, chwili czasu na zastanowienie się. Boi się rewolucji z ich strony. Oni jednak tym bardziej się mnożą, a Bóg im błogosławi. To ON się troszczy o swój naród w ich ucisku, co powoduje jeszcze większy wstręt, gniew, i większe ryzyko zagrożenia dla faraona. Wydaje rozkaz, aby położne zabijały wszystkich nowonarodzonych chłopców. One jednak bardziej boja się Boga, niż faraona i dlatego nie zabijają. Ryzykują, kłamią, ale ratują życie i Bóg im błogosławi. Dzieci żyją, co wywołuje coraz większy gniew faraona. Rozkazuje wyrzucać do rzeki wszystkich hebrajskich chłopców.
Pewna kobieta rodzi chłopca. Jest piękny i dlatego go ukrywa. Nie zabija. Nie mogąc go dłużej ukryć, kładzie go do koszyka i puszcza na wodę. Dziecko nie może uciec od rzeki, która przecież oznacza dla niego śmierć. Nie zostaje jednak wrzucone do wody, ale położone na wodę w koszyku, co daje mu szansę na przeżycie, choć krótkie. Może się uda. Siostra pilnuje brata, który jest na wodzie. Nie jest sam, bo siostra stoi na brzegu, ale na wodzie jest sam. Dotyka śmierci, jeszcze nie wiadomo, czy przeżyje czy nie. Płacze. Nieświadomy, bo za mały, ale odczuwa niebezpieczeństwo. Bóg dał mu życie. Rodzice je przyjęli, ale faraon go nie chciał. Dziecko miało zginąć, ale Bóg je uratował. Chłopiec doświadcza skutków grzechu, musi cierpieć - niewinnie. Wynosi z tego doświadczenia głębokie rany: odrzuca go matka, - choć sama tego nie chce - i "dotyka" śmierci.
Córka faraona znajduje chłopca i lituje się nad nim. Córka tego, który każe zabić, ocala. Bóg ma "dziwne" plany. Nie zabija np. faraona, żeby ten nie zabijał, tylko pozwala na takie uratowanie Mojżesza. W rezultacie faraon nie tylko nie zabija Mojżesza, nie tylko go ratuje, ale jeszcze sam karmi, wychowuje i trzyma na swoim dworze razem ze swoim synem.
Mojżesz dorasta. Widzi zło, niedole, przemoc wobec Hebrajczyków. Chociaż wychował się u faraona pozostaje Hebrajczykiem. Nie może znieść przemocy Egipcjanina wobec swojego współziomka i cała nagromadzona złość wobec: faraona, swojej historii, utraconej matki i relacji z nią oraz całą swoją rodziną, utraconego bezpiecznego dzieciństwa, wybucha. Zabija Egipcjanina i potajemnie chowa go w piasku, myśląc, że nikt go nie widzi. Jednak trup, czyli grzech, wychodzi na jaw. To, co było w tajemnicy, jest nagle widoczne dla innych.
Mojżesz musi uciekać. I znowu walczy o swoje życie, którego znowu chcą go pozbawić. Już, jako dorosły rozumie grozę sytuacji. Ucieka do innego kraju i tam się osiedla. Żeni się i pracuje. Niby wszystko jest normalnie i dobrze. Wyprowadza owce na pustynię, w góry. Robi to, co do niego należy, ale przechodzi pustynię. I to z owcami. Musi dbać nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o owce.
Widzi krzak, który płonie ogniem, ale się nie spala. W krzaku przemówił Bóg: "Zstąpiłem, aby lud wyrwać z ręki faraona. Idź, przeto teraz, oto posyłam cię do faraona i wyprowadź mój lud z Egiptu". Bóg działa, chce działać przez Mojżesza. Mojżesza mówi: "Kimże ja jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu?" Zdaje sobie sprawę z tego, że faraon chce go zabić, no i jeszcze się jąka. Bóg znajduje, kogo chce, aby pełnił Jego misję. Nawet, jeśli Mojżesz zgrzeszył, uciekł do innego kraju, robi coś zupełnie innego niż by robił u siebie. Ale wychodzi na pustynię, tam, gdzie się doświadcza głodu, pragnienia, gdzie są czasem dzikie zwierzęta zamiast człowieka. Na pustyni nie ma się czym zachwycać, nie ma gdzie uciec od siebie. Jest się skazanym na swoja własną obecność. Nie ma wielu rzeczy, tylko te niezbędne.
Tutaj Bóg znajduje Mojżesza; wejście na górę - bliżej Boga jest się na górze, ale trzeba się natrudzić zanim się wejdzie. Mojżesz dyskutuje z Bogiem: a co będzie, gdy nie uwierzą? Nie wierzy w siebie, ale i nie pokłada ufności w Bogu, który mu gwarantuje Swoją obecność. Tak długo się wyprasza od tej misji, aż Pan gniewa się na niego. Jego ustami będzie w takim razie Aaron, jego brat. Mojżesz może czynić znaki i cuda, bo Pan je czyni przez Mojżesza.
Bóg wymaga po ludzku rzeczy niemożliwych: Hebrajczyk, który musiał uciekać z Egiptu wraca, jako obcy i chce wyprowadzić lud z niewoli. Jakim cudem Izrael ma najpierw uwierzyć? A co dopiero faraon, który może w każdej chwili kazać go zabić. I czy nie może Bóg znaleźć sobie kogoś z lepszą wymową? Jak przekonać swoich i udać się potem do tego, który czyha na jego życie? Tutaj musi Mojżesz zmierzyć się ze wszystkim: ze swoją przeszłością, że został sam bez mamy, porzucony, że wychowywał się u zabójcy, że sam zabił, że musiał uciekać. A Bóg każe mu do tego wszystkiego wrócić. I tego jeszcze nie dość. Musi jakoś przekonać swoich ludzi, że objawił mu się Pan i chce ich wreszcie uwolnić. Kto mu uwierzy? Mimo dyskusji ze strony Mojżesza Bóg nie rezygnuje z niego, gniewa się, co prawda, ale nie zwalnia go z misji.
Mojżesz spotyka Aarona, przekazuje mu słowa Pana Boga i idą razem do starszyzny. Ci widząc znaki i cuda wierzą i oddają Bogu pokłon. Po pierwszym spotkaniu Mojżesza i Aarona z faraonem, ludzie są w jeszcze gorszej sytuacji. Lud, który dostał obietnicę uwolnienia jest gnębiony jeszcze mocniej. Już nawet nie jest w stanie wykonać rozkazów faraona, nawet gdyby chciał. A faraon sobie wymyślił, że są leniwi. Mimo, że Aaron ma lepszą wymowę, Bóg wybrał sobie jąkającego się Mojżesza na tego, do którego mówi. Przecież mógłby mówić wprost do Aarona, ale nie chce. Jego tajemnica, dlaczego.
Dopiero, gdy faraon doświadcza śmierci swojego pierworodnego syna, pozwala Izraelitom wyjść. I tak oto, za pośrednictwem Mojżesza, tego, którego wyciągnięto z wody, Pan może wyprowadzić lud z niewoli.
Właściwie to wszyscy powinni się cieszyć, dziękować, że wreszcie odchodzą z niewoli, ucisku, cierpienia, marnoty, ale... zaczyna się szemranie. Idąc pustynią nie ma się nawet najbardziej podstawowych produktów. Brak wszystkiego. Brak również zniewolenia, bicia, ucisku i ludzie nagle zaczynają widzieć swoje braki. Te braki bardzo im się nie podobają, nie chcą z nimi żyć lub prosić o wypełnienie ich i zaczynają narzekać. Buntują się, gdy widzą swoje położenie - nie mają nic, są wykończeni, zranieni i obolali. Idą naprzeciw wolności, ale w nieznane i to im się nie podoba. Nie wiedzą, co będzie zaraz, jutro, pojutrze. Nie mają nawet tego, co mieli w Egipcie: czosnku i cebuli. W Egipcie ciężkie roboty nie pozwoliły na zastanowienie się nad sobą. Zamiast się zbuntować przeciwko ciemiężcy mieli pretensje do Boga. Bóg ich wyprowadził, ale oni tęsknią do starego, znanego bólu, bo teraz nie zostało im zupełnie nic. Dopiero teraz mogą zobaczyć jak są zmęczeni, pobici, przepracowani, obcy sami sobie, nędzni i biedni. Tutaj tj. na pustyni nie mogą uciec w pracę, nie mogą także obwiniać Egipcjan za ich położenie. Muszą stanąć w prawdzie. A prawda jest taka, że nie mają co jeść i pić, nie mają co robić i nie mogą tego znieść. I nie potrafią prosić. Nie proszą o uleczenie, nie dziękują za wyjście, ale są wściekli, że są tam, gdzie są: NA PUSTYNI.
Czy nie przypomina nam to naszych wyjść na pustynię? Czasu, kiedy Bóg mówi do nas i chce nas przyciągnąć ku sobie? Jeśli pozwolimy wyprowadzić się na pustynię, gdzie spotkamy się sami z sobą i z Bogiem, to jest to nasza pascha. Miejsce, gdzie dokonuje się przejście do ziemi obiecanej - do wolności w Chrystusie i życiu w Jego miłości.
s. Stella